fbpx

Czy kontrowersja się opłaca?

Jedna z najsłynniejszych produkcji Roba Marshalla, która w 2002 roku przywróciła Hollywood wiarę w musicale, zawierała pewną uniwersalną prawdę rządzącą showbiznesem. Całość trafnie zamknięto w genialnym tagline filmu: If you can’t be famous, be infamous. Pomimo, że akcja filmu osadzona jest w czasach prohibicji, to postawy bohaterów zdają się aktualne do dziś. Tylko dziś wszystkiego musi być więcej i mocniej, w imię zasady wyróżnij się albo zgiń. I o ile odwaga jest matką chrzestną marketingu to czy warto świadomie przekraczać granicę, wkraczając na zwodnicze wody kontrowersji?

Dziś omówimy sobie kilka najbardziej kontrowersyjnych postaci oraz zjawisk, które w ostatnich latach dość impertynencko pobiły social media. Na podstawie ich historii będziemy mogli odpowiedzieć sobie na nurtujące nas pytanie, czyli: czy kontrowersja się opłaca?

„O k*** przebiłem ci rękę”, czyli jak nieudolny iluzjonista wykorzystuje chwilę sławy

Marcin Połoniewicz pragnął odnieść sukces i nie ma w tym nic niesamowitego, bo przecież kto nie chce? Po raz pierwszy widzowie mogli zobaczyć go kiedy swoich sił próbował w telewizyjnym show Mam Talent, gdzie prezentował swoje pierwsze sztuczki iluzjonistyczne, a jego występ przeszedł bez większego echa. Dopiero wizyta w Pytaniu Na Śniadanie, gdzie jako Pan Ząbek prezentował niezapomniany numer z gwoździami, dał mu rozgłos i sławę. Powodem medialnego szumu była oczywiście spektakularna wpadka samozwańczego iluzjonisty, przez którego niedopatrzenia, jedna z prowadzących program skończyła z gwoździem wbitym w dłoń.

Po zaliczeniu takiego epic fail można by pomyśleć, że kariera Pana Ząbka skończy się szybciej niż się zaczęła. Jednak… nic podobnego. Magik posypał głowę popiołem, po czym nie roniąc więcej łez postanowił tę „szansę” wykorzystać i zrobić z całej sprawy dowcip, na którym jeszcze zarobi. Jego nieudany pokaz stał się viralem, który szybko doczekał się wielu przeróbek, w tym gry zatytułowanej przewrotnie „Gwóźdź programu”.

Kiedy prezenterka programu PnŚ Marzena Rogalska leczyła swoją dziurę w ręce, Pan Ząbek w tym samym czasie rozplanował trasę po kraju, gdzie mógłby przed szerszą publicznością zaprezentować swoje umiejętności. Bilety wyprzedawały się jak świeże bułeczki, jak zdradzał sam iluzjonista na swoich social mediach- wyprzedał całą trasę na pół roku do przodu. Jak się to udało? Każdy chciał na własne oczy zobaczyć jak Pan Ząbek znów przybije gwoździa nie tam gdzie trzeba. Na tym właśnie skeczu twórca oparł całą kampanię promocyjną i robi to do dziś, bo nawet na jego stronie internetowej pozuje ze słynną już deseczką z gwoździem.

Od tych zdarzeń minęło ponad 3 lata i wprawdzie sława Pana Ząbka już pobladła, jednak nadal żyje ze swoich pokazów iluzjonistycznych. Nie da się ukryć, że fala krytyki ze strony mediów, internatów oraz kolegów iluzjonistów, nie przeszkodziła Połoniewiczowi w zarabianiu pieniędzy, a wręcz mu w tym pomogła.

3 złote do 3 złotych, czyli jak wyremontować mieszkanie i jeszcze na tym zarobić

Zjawisko patostreamów istnieje już od dobrych 4 lat, co ciekawe dopiero w ostatnich latach media zainteresowały się tematem pod pretekstem zaalarmowania na temat tych szkodliwych dla młodzieży treści. Prawda jest jest jednak taka, że treści te istniały już dużo wcześniej i ani platforma YouTube ani same media nie zainteresowały się nimi, dopóki nie pojawiła się okazja do rozgłosu. Oczywiście zgodzimy się, że treści i model zachowań prezentowany przez patostreamerów jest po prostu zły. Jednak pobieżność i ignorancja, z jaką media dokonywały analizy tego zjawiska pozwala przypuszczać, że powodem ich zainteresowania wcale nie było zatroskanie młodzieżą, a chęć podpięcia się pod gorący, a właściwie wtedy już stygnący temat.

Wracając do sedna sprawy- prekursorem, a właściwie najbardziej znaną postacią patostreamingu był Daniel Magical, który wraz ze swoją rodziną pierwszy raz dał o sobie znać kiedy to w 2015 roku postanowił relacjonować remont mieszkania przy ulicy Urzędniczej w Toruniu. Inicjatywę szybko pochwycili użytkownicy portalu Wykop, którzy szybko wypromowali Daniela, dzięki czemu zbierał ogromne wpłaty podczas relacji live. Zapytacie jednak- gdzie w tym wszystkim kontrowersja? Chłopak zbiera pieniądze, aby pomóc rodzinie, której ewidentnie nie powodzi się za dobrze. Jednak należy do tego dodać stałe libacje alkoholowe, awantury i przemoc domową, które w największej mierze przyczyniły się do wzrostu popularności streamera. Tak zwane „dymy” zapewniały rodzinie Z. hojne wynagrodzenie ze strony internatów, ale też były jedną z głównych przyczyn pogłębiania się ich pierwotnych problemów. Z punktu widzenia socjologicznego zauważyć można, że publika znudzona wygładzonymi telewizyjnymi programami typu reality show, znalazła sobie dużo bardziej dynamiczną i kontrowersyjną alternatywę.

Daniel potrafił podczas jednego streama inkasować po 3-4 tysiące złotych w ramach mikrowpłat, tzw. donejtów od widzów. A streamy były coraz dłuższe i częstsze, co przekładało się na wysokość zarobków Magicala. Nie da się jednak nie zauważyć tego, w którą stronę zmierza, a raczej zmierzał ten schemat działania. Matka Daniela, czyli Goha, wprawdzie dostarczała widzom srogiej rozrywki, jednak kosztem popadania w coraz większy cug alkoholowy, pogłębiający i tak już dysfunkcyjną rodzinę. Swoją przygodę jako „gwiazda sieci” Daniel Magical zakończył bardzo burzliwie w styczniu zeszłego roku, kiedy to podczas kolejnego streama publicznie wraz z matką pochwalił zabójstwo prezydenta Adamowicza. Dziś postać ta pojawia się jedynie w publikacjach lokalnych gazet, które donoszą o postępach w 2 sprawach karnych, w których Daniel Z. zasiada na ławie oskarżonych.

Proceder tego rodzaju rozrywki oczywiście potępiamy, jednak nie można ukrywać, że potwierdza tezę, iż na kontrowersji można zarobić … i to sporo. Ponadto warto w tym miejscu zauważyć jak „dziurawy” jest support serwisu YouTube, który potrafi demonetyzować filmy czołowych twórców za błahe sprawy, a mimo to przez lata umożliwiał patosreamerom zarabianie kroci na tego rodzaju patologii.

„Musimy wizualizować mocniej”, czyli kiedy coaching wymyka się spod kontroli

Swego czasu Łukasz Jakóbiak był youtubową topką, nakreślającą nowy nurt internetowego talk show, które śmiało mogło konkurować z tymi produkowanymi przez telewizję. Koncept wywiadów z gwiazdami w zaciszu 20 metrowej kawalerki Jakóbiaka, okazał się strzałem w dziesiątkę, dzięki czemu sam twórca zapraszał do siebie coraz bardziej znane postacie. Wydawać by się mogło, że grono stałych widzów, wiernych fanów i bezpieczny content są przepisem na stabilną karierę Łukasza Jakóbiaka. Jednak tak się nie stało.

Zacznijmy jednak od początku, ponieważ ważne jest aby nakreślić profil psychologiczny tego twórcy. W czasach świetności młodzieżowego magazynu Bravo jego twarz mogła nam mignąć w kilku artykułach dotyczących tzw. „kolekcjonerów gwiazd”. Łukasz Jakóbiak, który wtedy był jeszcze nastolatkiem, wyróżnia się nieustępliwością w kolekcjonowaniu zdjęć i autografów postaci z pierwszych stron gazet. W swojej kolekcji miał między innymi argentyńską gwiazdę Natalie Oreiro, piosenkarza Enrique Iglesiasa czy cieszącą się wtedy ogromną popularnością wokalistkę Anastasię. Pomimo, że dziś może to nie robić wrażenia, bo przecież w dobie social mediów, wcale nie jest tak trudno dotrzeć do takich gwiazd, tak w tamtych czasach był to wyczyn wymagający dość dużego zaangażowania i przebiegłości. Tego Jakóbiakowi odmówić na pewno nie można, bo jak sam wyznaje w wywiadach- każda jego „akcja” była zaplanowana.

Jednak marzenia dorosłego Łukasza były dużo większe- pragnął pracować w telewizji. Pomysł internetowego talk show „20 m2” zrodził się, gdy Jakóbiak zaliczył już serię odmów od telewizji. Postanowił, że skoro nie chcą dać mu szansy, to zrobi to po swojemu- tak dobrze, aby żałowali, że go nie chcieli. I poniekąd mu się to udało. Jednak problemy zaczęły się, gdy po sukcesie kawalerki Jakóbiak zaczął swoją przygodę z coachingiem, wierząc że wszystko da się osiągnąć odpowiednio intensywną wizualizacją. Podpierając swoją teorię własnym sukcesem, Łukasz zaczął prowadzić wykłady, które cieszyły się sporym zainteresowaniem. Jako twórca YouTube o ugruntowanej pozycji i family frinedly contencie, zdobył kilka lukratywnych deali reklamowych i naprawdę mógł mówić o sobie: „człowiek sukcesu”.

Jednak coachingowe szaleństwo pchnęło twórcę o krok dalej. W marciu 2017 roku opublikował na swoim fanpage’u sensacyjną informację.

Ten news szybko osiągnął miano viralowego info, bo o sukcesie Polaka zaproszonego do topowego programu Ellen DeGeneres pisały wszystkie polskie media. Ludzie szczerze się ucieszyli, gratulowali mu, a co najważniejsze umocniła się moc jego teorii o wizualizacji. Jednak dokładnie 2 dni później wszystko posypało się jak domino. Na jaw wyszedł fakt, że żadnego zaproszenia nie ma, a całość to jedynie wątpliwej jakości zabieg coachingowy, nad którym Jakóbiak pracował przez 3 lata. Normalnie można by nazwać to prankiem, ale tutaj chodziło o coś więcej, ten rodzaj fake newsa obnażał twórcę jako zaślepionego szaleńca.

O Lucasie Jacobiaku pisał cały świat i niestety nie określając jego akcji mianem awesome. Topowe zagraniczne kanały YouTube bardzo krytycznie analizowały to studium szaleństwa Łukasza. Sama Ellen w żaden sposób nie odniosła się do sprawy, co wielu komentatorów motywowało strachem przed zachęceniem Jakóbiaka do dalszych działań.

W ciągu kilku dni kariera YouTubera legła w gruzach. Nie pomógł nawet udział w jednej z popularniejszych produkcji TVN, czyli „Azja Express”, gdzie wraz z Joanna Przetakiewicz mierzył się z ekstremalnym formatem podróżniczym. Pomimo, że twórca do dziś sprzedaje swoje wykłady i prowadzi kanał „20m2”, to nie sposób zauważyć, że jego popularność znacznie spadła. Próżno szukać go w ekipie wziętych youtuberów, którym oferuje się ciekawe deale reklamowe.

Odeszły również gwiazdy, które już nie były takie chętne do wywiadów prowadzonych przez medialną persona non grata. Jakóbiak zmienił content na wywiady ze zwykłymi ludźmi o ciekawych postawach. Podobno świadomie, ale zapewne nie miał innej alternatywy. To wywnioskować można z choćby jego próby wykorzystania przypływu chwilowej sympatii widzów, kiedy to po Azja Express zapraszał do siebie wszystkie biorące w nim udział gwiazdy, chętnie też pokazywał się z nimi na swoich socialach. Jednak powrót się nie udał- zasięgi wzrosły chwilowo i wróciły do „normy” chwilę po wygaśnięciu boom na gwiazdy tej edycji programu TVN.

Ostatni medialny cios zadał mu Netlfix, który w grudniu zeszłego roku po raz kolejny skrupulatnie odrobił zadanie domowe z Real Time Marketingu. Na serwis trafić miał stand up Ellen DeGeneres, a zgodnie z polityką marketingową Netflix chętnie (i słusznie!) dywersyfikuje zapowiedzi swoich produkcji, dostosowując je do każdego kraju. Co więc zrobili? To proste- zadzwonili do wynajętej przez Jakóbiaka „sobowtórki” Ellen i zaproponowali jej udział w reklamie, w które błyskotliwie zadrwili z wizualizacji Jakóbiaka.

Jak widać nie zawsze na kontrowersji da się zarobić, bo w tym wypadku sam „zainteresowany” został poniekąd z niczym, a jego marzenia o dotarciu na  szczyt, raczej pozostana w mistycznej sferze wizualizacji.

Fame MMA, czyli jak zarobić na internetowych dramach

Kiedy Michał „Boxdel” Baron i Wojtek Gola szukali sponsorów pierwszej gali freak fightów youtubowych amatorów, mało kto traktował to przedsięwzięcie poważnie. Zainteresowanie budziło głównie wśród widzów patostreamerów i twórców commentary video, głównie ze względu na fakt, że pomysł przeniesienia internetowych konfliktów do klatki oktagonu był dla nich całkiem niezłą pożywką. Sami włodarze (Baron i Gola) dobierając zawodników skupiali się przede wszystkim na tych, którzy zapewnią im kontrowersje i rozgłos, a przy okazji zgodzą się na udział w tym jeszcze nieznanym formacie, który może okazać się niewypałem.

Dlatego do pierwszej edycji zaprosili wspomnianego wcześniej Daniela Magicala, który liczył na walkę ze swoim odwiecznym wrogiem Rafonixem.  Wykorzystując swoje kontakty z gwiazdeczkami MTV, Wojtek Gola zaprosił do udziału kilka rozpoznawalnych twarzy z programu „Ex na plaży”. Do zespołu dołączył również poznański raper Bonus BGC, który okres swojej muzycznej świetności ma dawno za sobą, o ile kiedykolwiek taki był. Pozostałych zawodników skompletowano z szeregów mniej znanych streamerów. W promocji pomógł, bijący wtedy rekordy zasięgowe Lord Kruszwil, który udostępnił swój kanał do transmisji live z pierwszej konferencji Fame MMA.

Sukces pierwszej gali rozbudził apetyt na kolejne, dlatego już pół roku później mieliśmy okazję śledzić walki podczas Fame MMA 2. Tym razem włodarzom udało się namówić 2 popularnych YouTuberów, którzy nie reprezentowali nurtu pato, czyli AdBustera i Dawida Malczyńskiego. To był duży sukces, głównie ze względu na fakt, iż odchodzenie od patologii i wsparcie topowych twórców pomagało pomysłodawcom projektu powoli odchodzić od łatki tych, którzy wspierają patostreamerów. Jednak to nie udział 2 nazwisk z youtubowej topki sprawił, że o drugiej edycji gali stało się naprawdę głośno. Przyczyną rozgłosu był naprawdę niefortunny wypadek Daniela Magicala, który podczas walki w paskudny sposób złamał kość piszczelową.

I mogłoby się wydawać, że po tym incydencie na konfederacje Fame MMA spadnie wiadro pomyj i oskarżenia o narażanie zdrowia kompletnie nieprzygotowanych do walki amatorów. Jednak jak się okazało marka wyszła z tego prawie bez szwanku, zyskując wręcz na rozgłosie jaki przyniosła im fala krytyki oraz sensacja w mediach.

Kilka tygodni temu mieliśmy okazję śledzić 5 już galę Fame MMA, której poziom organizacyjny dorównywał światowym wydarzeniom sportowym. Aby uzmysłowić wam skalę sukcesu warto dodać, że na ostatniej gali w Atlas Arena Gdańsk zgromadziło się 10 tysięcy osób, a kolejne kilkaset zgromadziło się przed ekranami oglądając walki na żywo w ramach usługi Pay Per View. Jak zdradził Wojtek Gola, gala numer 4 cieszyła się tak dużym zainteresowaniem, że udało się pobić europejski rekord sprzedaży w PPV. Pomimo, że konfederacja nie mówi na temat swoich dochodów, to z szacunków wywnioskować można, że na każdej gali zarabiają na czysto około 1,5 -2 milionów złotych.

Popularność przedsięwzięcia jest tak duża, że pytanie Czy zawalczysz na Fame MMA? jest jednym z najczęściej zadawanych w komentarzach na YouTube. Chęć uczestnictwa zgłaszają topowi twórcy serwisu, a sami włodarze mogą już śmiało pożegnać się z patostreamerami, którzy pomagali im w rozkręceniu marki.

Marcin Dubiel, czyli nieśmiertelny cringe polskich social mediów

O Marcinie Dubielu wspominaliśmy przy okazji naszego artykułu na temat influencer marketingu, kiedy to poruszaliśmy problem doboru odpowiedniego twórcy do kampanii. Wtedy mieliśmy w pamięci niewypał w postaci akcji dałem bezdomnemu YEEZY i kasę autorstwa Dubiela i jego kolegi Barta. Jednak od tego czasu wiele się zmieniło, bo teraz Marcin Dubiel nie rozdaje bezdomnym butów, tym razem postanowił pojechać pomagać aż do Kenii, by i to spektakularnie zepsuć.

Zaczynając od początku historii- kim jest Marcin Dubiel? Chyba najbardziej trafnym określeniem będzie influencer, jednak ciężko stwierdzić czy jego twórczość wywierała jakikolwiek wpływ na publikę. Prowadził kanał na YouTube, który poza kilkoma aferami i ustawianymi prankami, raczej nie wyróżniał się oryginalnością i formą. Prężnie działał na Instagramie, realizując deale reklamowe między innymi jako twarz Fanty. Jednak w zasadzie najbardziej znany jest z bycia przyjacielem topowego youtubera Stuu Kluz Burtona.

Wpadki Marcina Dubiela to już standard w polskich social mediach. I kiedy wszyscy myślą, że już niczym nie jest w stanie nas zaskoczyć, wtedy on znów… obniża poprzeczkę. Kilka miesięcy temu dołączył do inicjatywy Stuu i Spotlight Agency znanej jako Team X, czyli w skrócie grupy influencerów mieszkających razem w w willi i tworzących tam wspólne materiały wideo. Jak się okazuje udział Marcina w tym przedsięwzięciu nie był taki oczywisty, bo pomimo sporych zasięgów miał już na swoim koncie pokaźną ilość niemałych wpadek. Jednak Stuartowi udało się przekonać sponsorów, że Dubiel się zmienił i warto dać mu szansę.

Wszystko szło gładko, content notował dobre zasięgi i powoli mógł mierzyć się z konkurencyjną Ekipą Friza. Pod koniec października Marcin postanowił nagrać drugi w swojej karierze film o tym jak sława go zniszczyła i jak to zmieniło jego życie. Oczywiście tym razem NA SERIO. Na koniec influencer dodał, że w związku z tym wyjeżdża do Kenii, aby wesprzeć akcję mającą na celu budowę ośrodka dla niepełnosprawnych dzieci. Cel szczytny i godny pochwały, szkoda jednak, że okazał się przepisem na rychłą katastrofę.

Dwa dni i 5 fotek na Instagramie później Marcin już zalicza spektakularną wpadkę. Na jednym ze swoich InsaStories wraz z kolegą w sposób niedopuszczalny komentują wygląd czarnoskórego dziecka. Jak widać przemiany i dojrzałości starczyło tylko na początek przygody.

Pomimo, że Dubiel szybko skasował swoje stories to w mediach już rozgorzała dobrze mu znana fala krytyki, jednak tym razem zarzuty były dużo poważniejsze niż w przypadku wątpliwej akcji z bezdomnym. Lawiny hejtu i konsekwencji głupich działań, nie zatrzymało przeprosinowe zdjęcie Marcina przytulającego inne dziecko mieszkające w wiosce.

Marcin Dubiel to dowód na różnicę pomiędzy kontrowersją a zwykłą głupotą i nieszczerością. Może nasuwać nam się pytanie- dlaczego twórca ten jest tak linczowany, skoro porównując go do patostreamerów ciężko nazwać go złym przykładem dla społeczności? Tu właśnie ujawnia się czynnik, który odgrywa najważniejszą rolę społeczną przy tego rodzaju zjawiskach- ludzie nie lubią być tak nieudolnie oszukiwani. Daniel Magical, pomimo faktu że jego content był szkodliwy i promował patologiczne postawy, był w tym wszystkim w miarę szczery. Oferował ludziom dokładnie to, czego chcieli i jak chcieli, a przy tym raczej nie było w jego treściach miejsca na udawanie kogoś kim nie jest. W jego przypadku to nie on sam wykorzystywał ludzi do zarabiania pieniędzy, a to ludzie dawali mu pieniądze by niszczył sobie życie. Poziom zaawansowania oszustw i obietnic Marcina Dubiela porównać można do tych jakie składa nam 6-letni Piotruś, który ma bałagan w pokoju, ale mimo to chce wyjść pograć w piłkę z kolegami, więc zapewnia że posprząta później.

Czy kontrowersja się opłaca?

Wracając do meritum naszej analizy- czy na kontrowersji można zarobić? Zdecydowanie tak. Czy kontrowersja się opłaca? To zależy. Zależy przede wszystkim od tego, gdzie wyznaczymy sobie granicę kontrowersji i jak bardzo chcemy ją naginać, a co najważniejsze- w jaki sposób oddziałuje na społeczeństwo.

Przykładowo taki Pan Ząbek- zaliczył sporą wpadkę, przy której ucierpiała prezenterka telewizyjna, ale czy jego późniejsze działania związane z wykorzystaniem tej wpadki do zarobku są szkodliwe społecznie? Nie są, ponieważ było to jednorazowe niedopatrzenie, które na żadnym późniejszym występie się nie powtórzyło. Czy Fame MMA jest szkodliwe społecznie? Nie jest, ponieważ mimo całej kontrowersji promuje sport, którym zaraża młodych ludzi i daje patoinfluencerom impuls do zmiany swojej życiowej drogi (patrz m.in.: Bonus BGC, Marta Linkiewicz, Adrian Polak czy Rafonix).

Jednak jeśli mówimy o twórczości Marcina Dubiela, Daniela Magicala czy Łukasza Jakóbiaka są to działania szkodliwe i całkowicie nieopłacalne w kontekście długoterminowym zarówno społecznie, jak i dla samych twórców.

Jak więc wykorzystać kontrowersje w słusznej sprawie? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie na naszym fanpage’u na facebooku.

6 ukrytych funkcji Google, o których nie miałeś pojęcia

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on email
Email

Add Your Heading Text Here

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Ut elit tellus, luctus nec ullamcorper mattis, pulvinar dapibus leo.
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Ut elit tellus, luctus nec ullamcorper mattis, pulvinar dapibus leo.

WCIĄŻ GŁODNY WIEDZY?

Będziesz dostawać od nas paczki praktycznej wiedzy, o tym co robić żeby twoje działania w social mediach zwiększały liczbę klientów. Na dokładkę dorzucimy też trochę soczystych przykładów jak w przestrzeni digitalnej radzą sobie inni gracze.

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Dowiedz się więcej z naszej Polityki prywatności.